piątek, 23 stycznia 2026

Nothing personal

 
- It’s not person... It’s nothing personal! It’s business!!! – jąkał się zaspany detektyw Marcel Matysik, jedną ręką trzymając telefon, drugą przyciszając radio. Tył głowy wgniatał w spoconą poduszkę w poszewce z nadrukowanymi autobusami Berliet. Skończył. To dzwoniła Anette. – Czemu zajmujesz się tą beznadziejną sprawą? – pytała aksamitnym głosem. – Nie jest beznadziejna. Jestem bliski zgarnięcia 200 tys. nagrody za rozwiązanie zagadki – rozłączył się.

Marcel ubrał się i tym razem nie wsiadł do samochodu a pojechał autobusem na dworzec. – Pani! Żeby to nasze miasto zamiast być strefą czystego transportu stało się strefą czystego sumienia – narzekała starsza kobieta w srebrnej kurtce w Solarisie linii 182. – To zależy od naszych serc – odpowiadała 30 latka w błękitnym płaszczu entuzjastycznym tonem. – Ja na przykład jakby nie jem ciastek w adwent. Mąż się przestał jakby puszczać a córki jakby odzyskały wiarę! – mówiła szybko, niemal się dusząc. – A ja myślałam, że było na odwrót! Ale Rachoniowa spod ósemki mówiła, że twój stary to i tak do niej chodzi! – kontynuowała starsza kobieta. – Zaraz ci ten różaniec wprasuje w uśmiechniętą twarzyczkę… - dyskusja trwała w najlepsze. Ten autobus nie jechał do Łagiewnik.

 – A może by tak przejechać z Pleszowa do Pleszewa, na wycieczkę tramwajem i pociągiem, się Panie powinny – myślał.

- Wiesz, nie tylko dawcy krwi nie mogą wjeżdżać starymi dieslami do SCT. Dawcy nasienia też. Ale laski, które biorą nasienie nie chcą od tych facetów co mają auta nie zgodne z SCT – wzdychała do koleżanki ruda okularnica w zielonym płaszczu.  – Okularnica blond w brązowym berecie i czarnym płaszczu tylko kiwała głową, trzymając palec na ustach.
Marcel wysiadł po zachodniej stronie dworca. Zimny wiatr zawiewał śnieg na peron. Trząsł się zimna. – Marcelina odeszła od Przemka – mówił maszynista w kolejowym  mundurze regionalnego przewoźnika – Wiem, kolejna od nas co odeszła do figo fago z Pendolino – odpowiadał mu konduktor w podobnym mundurze. – Wczoraj taki w Idzikowicach wjechał mi prosto przed nos na tor. Oczywiście bez kierunkowskazu - kontynuował maszynista. – Blachary, lecą na szybkość i kasę, a przecież oni zarabiają od nas góra kilka stów więcej – narzekał konduktor. – A może ja jestem wykolejeńcem, skoro kolej mnie pociąga? – rozmyślał Marcel.

Pendolino pędziło w zamieci przez Miechów. Marcel czytał na smart fonie, że przyczyną wykolejenia pociągu koło Słomnik było wyłupanie szyny. – Wyłupanie? Czy to po polsku – odezwał się w Marcelu purysta językowy. Wyjął z wojskowego plecaka granatową papierową teczkę. Czytał wydrukowany email.-  Sprawa zaginionej od 16 lat Ilony może znaleźć nagłe nieoczekiwane rozwiązanie. Dziennikarz Jak Szozda opisał je w swojej książce, lecz zmarł tuż przed jej wydaniem. Kluczowe strony z rozwiązaniem usunęła redaktorka. Uznała je za zbyt absurdalne a narrację za nudną. Sama redaktorka zmarła rok temu. Czy jej komputer zachował się w wydawnictwie, a na nim plik z usuniętym tekstem? – pisał Ed van Lehan. Marcel traktował tego maila jak anonim. Do wydawnictwa w Sopocie miał dotrzeć za około pięć godzin.  – Kupiłem ci zasilacz do banana – mówił senior w uszatej czapce do seniorki w czerwonym berecie. – Chyba do bananowca? Lepiej zajmij się swoim bananem – odpowiedziała opryskliwie.

- Słyszałeś? Jędraszewski połamał się opłatkiem z rysiem. W tym celu specjalnie pojechał do ZOO – młody blondyn w szarej koszuli z koloratką opowiadał wysokiemu księdzu w sutannie.  Łysy dryblas w okularach zrewanżował się koledze żartem gdy tylko skończył się dusić ze śmiechu: - Budzi się Jędraszewski i mówi lekarzowi. Chyba zaciąłem się przy goleniu. Nie, ekscelencjo! To ślady rysich pazurów, odpowiedział siwy brodacz w białym fartuchu.  – duchowni spojrzeli na siebie zdegustowani.

Marcel wysiadł w Sopocie. Ruszył w stronę molo. Wszedł na nie na kwadrans. Zjadł bułkę z serem i keczupem. Odetchnął. Wrócił w stronę wydawnictwa. Drzwi bramy puściły pod naciskiem. Domofonu nawet nie dotknął. Zawsze próbował wejść z pominięciem dzwonienia. To dla efektu zaskoczenia. Wbiegł na drugie piętro secesyjnej kamienicy. Szyld wydawnictwa Artes leżał na wycieraczce obok uchylonych drzwi. Wszedł nieśmiało. Puste przedwojenne mieszkanie było całe zakurzone. Pod ścianami stały to tu to tam półki z regałów i połamane obrotowe fotele. Po podłodze latały pojedyncze kartki. Marcel spacerował po skrzypiącym parkiecie. Wszedł do czwartego pokoju, pod opartą o ścianę szklaną, pękniętą półką stał komputer stacjonarny. Na żółtej karteczce przyklejonej do napędu napisał ktoś granatowym flamastrem: Login: Nowacka Hasło:Ilona171010. – To może być ten komputer, redaktor Edyty Nowak – pomyślał Marcel. Wyjął z kieszeni wojskowej kurtki szwajcarski scyzoryk i otwarł obudowę. Namierzył dysk. Odłączył bez trudu. Podważył ostrzem szufladę napędu. Na zakurzonej płycie widniał napis: - Ilona W. (przed korektą) – to musi być to. Wrzucił dysk i płytę do torby i zbiegł po schodach. Zdążył na Pendolino do Warszawy. Tam już złapie cokolwiek do Krakowa.

Gdy wracał zobaczył na FB, że nie żyje jego przyjaciółka Melania. Czarno białe jej zdjęcie w tle profilu zdobiła czarna świeca zamiast zdjęcia profilowego. Płakał.

Marcel wrócił z Sopotu, pobiegł z Dworca wprost na Rakowice, nad grobem Melanii zamyślił się nad dziewczynami i przyjaciółmi których stracił. – Wybaczam i proszę o wybaczenie – rozmyślał. – Lecz nie z każdą i każdym z Was mogę ruszyć w dalszą drogę. Zbyt wiele nas dzieli. Zamknę się w forcie własnych emocji a artyleria udawanej oschłości będzie mą tarczą obronną -. Odszedł spokojnie w stronę przystanku autobusu 184.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz