Nothing personal
- It’s not
person... It’s nothing personal! It’s business!!! – jąkał się zaspany detektyw
Marcel Matysik, jedną ręką trzymając telefon, drugą przyciszając radio. Tył
głowy wgniatał w spoconą poduszkę w poszewce z nadrukowanymi autobusami
Berliet. Skończył. To dzwoniła Anette. – Czemu zajmujesz się tą beznadziejną
sprawą? – pytała aksamitnym głosem. – Nie jest beznadziejna. Jestem bliski
zgarnięcia 200 tys. nagrody za rozwiązanie zagadki – rozłączył się.
Marcel ubrał
się i tym razem nie wsiadł do samochodu a pojechał autobusem na dworzec. –
Pani! Żeby to nasze miasto zamiast być strefą czystego transportu stało się
strefą czystego sumienia – narzekała starsza kobieta w srebrnej kurtce w
Solarisie linii 182. – To zależy od naszych serc – odpowiadała 30 latka w
błękitnym płaszczu entuzjastycznym tonem. – Ja na przykład jakby nie jem
ciastek w adwent. Mąż się przestał jakby puszczać a córki jakby odzyskały wiarę!
– mówiła szybko, niemal się dusząc. – A ja myślałam, że było na odwrót! Ale Rachoniowa
spod ósemki mówiła, że twój stary to i tak do niej chodzi! – kontynuowała
starsza kobieta. – Zaraz ci ten różaniec wprasuje w uśmiechniętą twarzyczkę… -
dyskusja trwała w najlepsze. Ten autobus nie jechał do Łagiewnik.
– A może by
tak przejechać z Pleszowa do Pleszewa, na wycieczkę tramwajem i pociągiem, się
Panie powinny – myślał.
- Wiesz, nie
tylko dawcy krwi nie mogą wjeżdżać starymi dieslami do SCT. Dawcy nasienia też.
Ale laski, które biorą nasienie nie chcą od tych facetów co mają auta nie
zgodne z SCT – wzdychała do koleżanki ruda okularnica w zielonym płaszczu. – Okularnica blond w brązowym berecie i
czarnym płaszczu tylko kiwała głową, trzymając palec na ustach.
Marcel
wysiadł po zachodniej stronie dworca. Zimny wiatr zawiewał śnieg na peron.
Trząsł się zimna. – Marcelina odeszła od Przemka – mówił maszynista w
kolejowym mundurze regionalnego
przewoźnika – Wiem, kolejna od nas co odeszła do figo fago z Pendolino –
odpowiadał mu konduktor w podobnym mundurze. – Wczoraj taki w Idzikowicach
wjechał mi prosto przed nos na tor. Oczywiście bez kierunkowskazu - kontynuował
maszynista. – Blachary, lecą na szybkość i kasę, a przecież oni zarabiają od
nas góra kilka stów więcej – narzekał konduktor. – A może ja jestem
wykolejeńcem, skoro kolej mnie pociąga? – rozmyślał Marcel.
Pendolino pędziło
w zamieci przez Miechów. Marcel czytał na smart fonie, że przyczyną wykolejenia
pociągu koło Słomnik było wyłupanie szyny. – Wyłupanie? Czy to po polsku –
odezwał się w Marcelu purysta językowy. Wyjął z wojskowego plecaka granatową
papierową teczkę. Czytał wydrukowany email.- Sprawa zaginionej od 16 lat Ilony może znaleźć
nagłe nieoczekiwane rozwiązanie. Dziennikarz Jak Szozda opisał je w swojej
książce, lecz zmarł tuż przed jej wydaniem. Kluczowe strony z rozwiązaniem
usunęła redaktorka. Uznała je za zbyt absurdalne a narrację za nudną. Sama
redaktorka zmarła rok temu. Czy jej komputer zachował się w wydawnictwie, a na
nim plik z usuniętym tekstem? – pisał Ed van Lehan. Marcel traktował tego maila
jak anonim. Do wydawnictwa w Sopocie miał dotrzeć za około pięć godzin. – Kupiłem ci zasilacz do banana – mówił senior
w uszatej czapce do seniorki w czerwonym berecie. – Chyba do bananowca? Lepiej
zajmij się swoim bananem – odpowiedziała opryskliwie.
- Słyszałeś?
Jędraszewski połamał się opłatkiem z rysiem. W tym celu specjalnie pojechał do
ZOO – młody blondyn w szarej koszuli z koloratką opowiadał wysokiemu księdzu w
sutannie. Łysy dryblas w okularach
zrewanżował się koledze żartem gdy tylko skończył się dusić ze śmiechu: - Budzi
się Jędraszewski i mówi lekarzowi. Chyba zaciąłem się przy goleniu. Nie,
ekscelencjo! To ślady rysich pazurów, odpowiedział siwy brodacz w białym
fartuchu. – duchowni spojrzeli na siebie
zdegustowani.
Marcel
wysiadł w Sopocie. Ruszył w stronę molo. Wszedł na nie na kwadrans. Zjadł bułkę
z serem i keczupem. Odetchnął. Wrócił w stronę wydawnictwa. Drzwi bramy puściły
pod naciskiem. Domofonu nawet nie dotknął. Zawsze próbował wejść z pominięciem
dzwonienia. To dla efektu zaskoczenia. Wbiegł na drugie piętro secesyjnej
kamienicy. Szyld wydawnictwa Artes leżał na wycieraczce obok uchylonych drzwi.
Wszedł nieśmiało. Puste przedwojenne mieszkanie było całe zakurzone. Pod
ścianami stały to tu to tam półki z regałów i połamane obrotowe fotele. Po podłodze
latały pojedyncze kartki. Marcel spacerował po skrzypiącym parkiecie. Wszedł do
czwartego pokoju, pod opartą o ścianę szklaną, pękniętą półką stał komputer
stacjonarny. Na żółtej karteczce przyklejonej do napędu napisał ktoś granatowym
flamastrem: Login: Nowacka Hasło:Ilona171010. – To może być ten komputer,
redaktor Edyty Nowak – pomyślał Marcel. Wyjął z kieszeni wojskowej kurtki
szwajcarski scyzoryk i otwarł obudowę. Namierzył dysk. Odłączył bez trudu.
Podważył ostrzem szufladę napędu. Na zakurzonej płycie widniał napis: - Ilona
W. (przed korektą) – to musi być to. Wrzucił dysk i płytę do torby i zbiegł po
schodach. Zdążył na Pendolino do Warszawy. Tam już złapie cokolwiek do Krakowa.
Gdy wracał
zobaczył na FB, że nie żyje jego przyjaciółka Melania. Czarno białe jej zdjęcie
w tle profilu zdobiła czarna świeca zamiast zdjęcia profilowego. Płakał.
Marcel
wrócił z Sopotu, pobiegł z Dworca wprost na Rakowice, nad grobem Melanii
zamyślił się nad dziewczynami i przyjaciółmi których stracił. – Wybaczam i
proszę o wybaczenie – rozmyślał. – Lecz nie z każdą i każdym z Was mogę ruszyć
w dalszą drogę. Zbyt wiele nas dzieli. Zamknę się w forcie własnych emocji a
artyleria udawanej oschłości będzie mą tarczą obronną -. Odszedł spokojnie w
stronę przystanku autobusu 184.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz