Tego poranka Anette Mepke wstała jak zwykle o 5.45, zawsze zdyscyplinowana, tak stereotypowo po niemiecku wstawała o tej porze nawet jak nie miała zupełnie sił. To był właśnie ten dzień, w którym nie miała sił. Właśnie przyjechała wczoraj z Hannoveru. Położyła się o 19. Korek na A4 i smog ją dobiły, na dodatek miała zły nastrój, tak bez powodu. – Nie wiem czy bardziej martwisz się o to, że się dusisz spalinami, czy że przez smog popsujesz sobie cerę, haha – kpiła z niej przyjaciółka z Kolonii podczas wieczornej rozmowy przez telefon. Zawsze dzwoniły do siebie o 17.45, raz jedna raz druga by równo rozłożyć rachunki. – Spadaj Ingrid, odburknęła Anette lecz nie wytrzymała i roześmiała się ze swej reakcji.
Zaparzyła w ekspresie ciśnieniowym kawę, na dotykowym wyświetlaczu wybrała latte. Dodała dwa goździki i szczyptę cynamonu. Sprawdziła pilotem czy zamknęła samochód. Wcisnęła przycisk zamknięcia. Błękitne diody podświetliły niemiecką rejestrację LU KR 3CJ1, zamigały światła awaryjne, ze zderzaka uciekł biało-czarny kot. Jej białe Porsche Cayenne było zamknięte. W podkrakowskich Węgrzcach królowała rosa i szron, temperatura koło zera powodowała, że pogoda była niezdecydowana. Zupełnie jak Anette, która była taka w głębi duszy lecz ubierała maskę racjonalnej, pewnej siebie i wyrachowanej Niemki. Tego wymagał świat i branża inżynieryjna w której pracowała. Anette wzięła prysznic, wchodząc do łazienki wyłożonej różowymi flizami zrzuciła z siebie jedwabny biały szlafrok, czarne stringi i różowy stanik. Dziwny mix ale tylko on dawał jej komfort snu. Wytarła się w kremowy ręcznik z wielbłądziej wełny i ubrała najgorszą bawełnianą bieliznę jaką miała kupioną KIK-u, włosy związała ręcznikiem, narzuciła zielony dres Adidasa. Nie umalowała się, nie chciała przypominać kobiety ani trochę. To było niemożliwe, bo jest zjawiskowo piękną, niebieskooką blondynką. W młodości nawet miała epizod modelingu. Za chwilę miał przyjechać On. Wiedziała, że jest na nią napalony, nie wiedziała jak walczyć ze swoją kobiecością ale musiała się z nim spotkać bo łączyły ich wspólne sprawy służbowe. Anette postawiła na szafce w kuchni ramkę ze zdjęciem aktora wycięte z Vivy, zagrał w Czasie Honoru młodego powstańca z AK. Wywiad był nieciekawy. Zdjęcie przyda się by udawało wizerunek ukochanego Anette, to dodatkowo schłodzi Marcela. - Kiedy ranne wstają zorze… - nuciła pod nosem Anette widząc przez okno wschód słońca. Dochodziła siódma. Anette odsłoniła żaluzje i zauważyła przez okno ciemnozieloną Dacię. Tak. To był Marcel. Na drzwiach auta szarą farbą napisane było: Marcel Matysik under cover – usługi detektywistyczne, hydraulika, jasnowidzenie, ubezpieczenia. Tel 506 856 328. Tylko warszawska rejestracja zaczynająca się od liter WE zdradzała, że to auto w leasingu. Anette pytała go kiedyś czemu szare litery na ciemnozielonym tle, przecież nic nie widać? – I o to chodzi -rzucił Marcel. – Niech przeczytają to tylko ci co ich to naprawdę interesuje – rzucił wtedy beznamiętnie. Marcel był specem od wszystkiego czyli od niczego. Interes szedł marnie. Wychodził na zero lub miał lekką górkę. Dopiero ostatnie zlecenie dało mu finansowego kopa. Zlecenie pochodziło od Anette. Marcel odnalazł na wysypisku śmieci dysk z zakodowanymi kryptowalutami. Zgarnęli po prawie pół miliona €, bo kupione za tysiąc kryptowaluty przez lata zyskały na wartości. - O! Maciej Straszewski! – rzucił Marcel pokazując na zdjęcie stojące na szafce w kuchni. Marcel bezbłędnie rozpoznał aktora. Fortel Anette się nie powiódł. – Nieźle zagrał w Czasie Honoru ale myślę, że pokaże dopiero na co go stać jak zagra w remakeu Ziemi Obiecanej młodego Borowieckiego – filozofował Marcel. Anette już go miała dość ale musiała słuchać dalej. Interesy. - Nadałem naszej akcji kryptonim Lukrecja. Wiesz dlaczego? – zaczął niezgrabnie Marcel mrugając okiem. – Dlaczego? – odburknęła Anette zniecierpliwiona, nie umłama ukryć irytacji. Widząc to Marcel kontynuował. Wyjął z czerwonego segregatora zdjęcia i pokazał Anette. – Paczkomaty, do których ktoś się włamał prawdopodobnie padły ofiarą syberyjsko-czeczeńskiej mafii Socenva, to ustaliłem na podstawie wiadomości od mojego źródła Michaiła Wołkowa z Królewca, podporucznika wojsk rakietowych w stanie spoczynku - . Na zdjęciach widniały rozbite żółte urządzenia z pogiętymi klapkami i rozbitymi wyświetlaczami. Obok porzucone łomy i tekturowe pudełka. Jeden z paczkomatów był nadpalony. To kolejne zlecenie od Anette. Bartek Racławicki był gwiazdą paczkomatów nie tylko w Polsce ale i całej Europie. Anette poznał gdy handryczył się z nią o postawienie maszyny w centrum Wrocławia przed hotelem należącym do sieci „Diament Inn Fog” należącej do Anette. Anette robiła wszystko by tam nie stał i nie szpecił jej perły w koronie. W końcu uległa. Ale tylko w tej kwestii. Bartek był kolejnym facetem nie odpornym na wdzięki Anette. Anette dała zadanie wykrycia sprawców niszczenia paczkomatów Marcelowi bo potrzebny był ktoś słabo znany w branży bo sprawa była niezwykle delikatna. Anette zawsze była otwarta na przyjacielskie przysługi.
- Jest jeden problem Anette – kontynuował Marcel. - Paczkomat, który musimy obejrzeć jest na księżycu. Został doszczętnie zniszczony – pokazał zdjęcie pobazgranej cyrylicą maszyny. Na której ktoś napisał: „Bartek idi na ch…” „Swołocz” „Specnaz ruleZ”. - Nie martw się, to drobiazg – Anette wyjęła z szarej torebki do Louis Vitton iphonea w różowej kosmatej obudowie. Odblokowała ekran i wybrała numer: - Elo! Elon, Mosz ty mózg? – rzuciła ze śląskim akcentem. – Ha ha - roześmiał się Elon. Anette przedstawiła mu po angielsku całą sytuację. Elon obiecał pomoc. Rozłączyła się. Rozmawiała z Marcelem omawiając szczegóły, gdy na telefonie wyświetlił się SMS. – Mamy to! – rzuciła rozpromieniona Anette a jej delikatny uśmiech powodował, że wyglądała teraz zjawiskowo pięknie. – Mamy rakietę na środę – rzuciła do Marcela aksamitnie szepcąć. Marcel z zadumą wypił ostatni łyk kawy wyciskając folię bąbelkową. – Przestań! – krzyknęła Anette. – Przepraszam – zreflektował się Marcel. – Ta folia to dowód, pochodzi właśnie z okradzionej paczki z jednego z paczkomatów. Marcel i Anette w szarych kombinezonach stali na rampie przed rakietą Kościuszko stojącą w Centrum Rakietowym w Racławicach. Pracownicy obsługi w granatowych uniformach i pomarańczowych kamizelkach sprawdzali czy wszystko jest w porządku. Szklane kule zakrywały ich głowy. A z przodu wisiały rury przypominające te od odkurzacza. – Muszę Pani zapiąć zamek – rzucił wysoki mulat do Anette, która zamkiem kombinezonu miała przycięty wystający różowy kawałek tkaniny. Wepchnął palcem tkaninę pod spód i zaczął siłować się z suwakiem. – Przytyło się! Ha,ha! – rzucił dudniąc przez rurę Marcel. – Odwal się! - odburknęła Anette, i tylko szyba kombinezonu przykrywała jej bordową twarz. Była wściekła. Lot przebiegł spokojne. Po kolei odpadały człony rakiety. Spadały zgodnie z planem na pola obok Włoszczowy i Miechowa, choć drugi człon ledwo uniknął lądowania w szklarni z pomidorami. Anette czuła się rozluźniona. Mimo, że Marcel był w jej oczach chamem i prostakiem, tylko przy nim czuła się pewnie i wiedziała, że tylko z nim może osiągnąć cel jakim jest sukces w tej delikatnej i skomplikowanej sprawie. Lądowanie przebiegło gładko. Marcel odsunął właz rakiety. Tuż nad nim widniało zakurzone i przypalone kontaktem z atmosferą logo Tesli. Ruszyli przez pył. Na horyzoncie stał rozbity paczkomat. Anette ze srebrnej aluminiowej walizko wyjęła pędzel i pobrała próbki odcisków palców ze zniszczonej maszyny. Marcel zrobił zdjęcia. Rozbity paczkomat i porozrzucane pudełka robiły przygnębiające wrażenie. – Co to? – zapytał Marcel, wskazując na flakonik w walizce z charakterystycznym logo CC. – To perfumy Coco Chanel. W kosmosie tez mam prawo czuć się kobietą! – rzuciła asertywnie Anette. Już mieli wracać do rakiety gdy ze strony Marsa zaczął nadlatywać pulsujący punkt. – Schowajmy się za paczkomat! – szeptem krzyknęła Anette. Przykucnęli a punkt zamienił się w UFO, jak z filmów science fiction. UFO wylądowało kilkanaście metrów dalej. Zielone postaci z wielkimi czarnymi oczami schodziły powoli po drabince. Anette i Marcel z przerażeniem słuchali jak kosmici rozmawiają ze sobą po rosyjsku, jeden z nich śpiewał „ za nas, za was i za specnaz!”. – Ruki w wierch! Krzyknął w ich stronę Marcel celując z pistoletu laserowego - . – Kto wy? To wasza robota? – krzyczał udając najgroźniejszego jak tylko się da. Anette stanęła w rozkroku, podpierając się jedną ręką za bok a drugą wskazując na paczkomat. Chciała wyglądać maksymalnie groźnie. – Czego tu szukaliście? krzyczał dalej Marcel – No my, my… - dukał jeden z nich. – My szukali wódki! – Wódki? A kto wy jestecie? – Jesteśmy potomkami Cara, nasze pradziady uciekły na Syriusza w czasie Rewolucji Październikowej. Nie możemy żyć bez alkoholu - . Marcela zamurowało. Nie wiedział jak opisze to w raporcie, dobrze, że całą rozmowę filmował kamera na kombinezonie. Wracali z Anette bez słowa na ziemię. Rakieta gładko minęła wieżowiec Szkieletora, wykonała delikatny skręt przez lewą burtę i wylądowała na al. Bora- Komorowskiego. Włączyli światła mijania i lewy kierunkowskaz. Na wszelki wypadek mieli takie światła jak samochody. Wjechali do parkingu podziemnego Centrum Handlowego Serenada lecz tam nie było miejsc. Pojechali pod blok Marcela. Marcel otworzył szlaban pilotem. Zaparkowali. Wysiedli z rakiety. – Dzień dobry! Nie poznałam Pana – rzuciła w stronę Marcela sąsiadka wyprowadzająca pudelka. - Mam tu dla Pana list ze spółdzielni w sprawie kontroli kominiarskiej. – Dziękuję - rzucił Marcel i odebrał szarą kopertę. Poszli z Anette na górę. Bez słowa, zmęczeni pili kawę. Anette zdjęła szklaną kulę z głowy, poprawiała włosy. Z radia sączyły się nuty muzyki zespołu Jazz Ideology, cover Acid Drinkers „Proud Mary” i Lady Pank „Na co komu dziś”. Marcel wyjął z kieszeni zakurzoną kartkę, zaczął czytać: Błękit twych oczu jest oceanem mego spokoju Z Tobą na zawsze i z Tobą wszędzie Bez Ciebie nic, bez Ciebie nigdzie Zostań ze mną Zostań teraz Zostań jutro Zostań na zawsze Różo mych wspomnień Tulipanie emocji Tylko ty Tylko my Anette zamyśliła się. – Co to było? – zapytała zdziwiona. –Wiersz- szepnął Marcel. - Wiersz? – kontynuowała zdziwiona Anette. – Tak! Dla Ciebie! – Marcel nie odpuszczał. – Dziękjuę – Anette nie mogła ukryć zdziwienia leczy była uprzejma. Minęła zima. Lato ekslodowało upałem. Thermomix w kuchni Anette przygotowywał ciasto na pizzę z czarnuszką. Nowy iphone, tym razem w obudowie przypominającej bieżnik opony dzwonił uparcie. – No gdzie jesteś? – krzyczał zniecierpliwiony Marcel. Anette w ręczniku na głowie suszyła pomalowane na czerwono paznokcie trzymając telefon końcami palców. – Czekam na Ciebie w Balicach – krzyczał Marcel nie czekając na odpowiedź. – Już lecę - Anette sobie przypomniała, w panice wyłączyła thermomixa, ubrała na czerwone majtki jeansy Lee, różową bluzkę i zadzwoniła po taksówkę na lotnisko. Jacht z napisem Lukrecja na burcie przecinał fale Atlantyku. Marcel patrzył w laptopa licząc zera na koncie po przelewie od króla paczkomatów. Anette w różowym bikini popijała drinka z parasolką patrząc na pląsające w oddali delfiny. - Wiesz Marcel, dużo myślałam ostatnio – rzuciła refleksyjnie. – To co najważniejsze w życiu to uczciwość i wiara we własne zasady, wierność wartościom i kilka pewnych osób wokół. Ty jesteś jedną z nich – mówiła zamyślona. Marcel patrzył spod ciemnych okularów zdziwiony. – Tylko to daje pewność siebie i możliwość wypłynięcia na szerokie wody, tak jak my płyniemy teraz – Anette podeszła do Marcela i pocałowała go. Oparła się rękami o poręcz na dziobie, wiatr rozwiewał jej włosy. Patrzyła w dal na zachód słońca. Jacht mknął harmonijnie. Mewy krążyły wokół. Dzień dobiegał końca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz