czwartek, 6 czerwca 2019

Jeszcze o 4 czerwca 1989: To, że była to klęska komuny nie dotarło do mnie od razu na drugi dzień. To docierało powoli, dzień, dwa po wyborach. Jak zobaczyłem, że politycy grzebią przy liście krajowej, która przepadła, bo z 50 kandydatów przeszło 3 i trzeba było uzupełnić ją przed drugą turą wbrew uzgodnieniom Okrągłego Stołu. To że większość nie solidarnościowych kandydatów z jednomandatowych okręgów musi wziąć udział w drugiej turze mówiło, że coś się wydarzyło wielkiego, nie do końca spodziewanego.

To była taka sytuacja jakby żona zastała męża z kochanką w łóżku i zamiast wytrzaskać go po twarzy a kochance wyrwać włosy pomyślała. Zaraz, zaraz. Ale z kim pójdę na kawusie i robić tipsy? Z kim pójdę na plotki? A w ogóle to mamy wspólny kredyt i salon fryzjerski. Na rozliczenia czas nadejdzie a teraz skupmy się na bieżących sprawach. I podobnie było z tamtym ustrojem. Upadał powoli pod naporem faktów przez kilka lat. Rewolucji nie było. Krew się nie polała. Na szczęście. Zachowaliśmy zimną krew.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza