poniedziałek, 2 listopada 2026

Grupa trzymająca sztamę

Sukces którego nie widać to nie nowe auto, dom i pełne konto. Ten sukces to, że przeciwności losu cię nie zabiły – rzekł refleksyjnie Marcel Matysik. - Ale to że walczyłeś o przetrwanie nie znaczy, że nie zaczniesz walczyc o wyższe cele – rzekł dmuchając w lufę Glocka podpinając magazynek. – Czas pojednać się z ludźmi, z którymi więzi się zerwały, odnowić relacje, spojrzeć z dystansu – Marcel zamyślił się. To pewnie pod wpływem książek Paulo Coelho i Umberto Eco, które czytał ostatnio. A może tak wpłynęła na niego wizyta w Tybecie, gdize spotkał się z Dalaj Lamą?

Marcel szedł ul. Słoneckiego zamiatając wielkie żółte liście białymi wielkimi sportowymi butami marki Bench. Wsiadł do szesnastki. W tramwaju na przeciw siedziała drobna nastolatka. Szatynka ubrana była w beżowy dres, którego kaptur był zakończony futrem. – Wow! Tu w tunelu jest jak w Nowym Jorku! – mówiła do telefonu. – No! Nie aż tak, nie ma szczurów – szepnęła refleksyjnie. – Jedzie z NH a w KRK poczuła się jak w NY – uśmiechnął się Marcel.
Marcel skocznym krokiem wyskoczył z Bombardiera. Freestyle’ował pod nosem monorecytując:
Hey Jack
Go to London
Answer from Jack
Matty: Hold On!
Obok fortu a pętli Dworzec Towarowy czekał na alejce na towarzyszy. Ci przybyli punktualnie.
- Cześć! Jestem Marcel Matysik z Krakowa. To ja szukam Iwony Wieczorek – przedstawił się poprawiając zieloną szalo kominiarkę.
- Bon guorno, jestem Marcello Matuzelli z Torino. To ja szukałem Emanueli Orlandi – powiedział krępy zakapior popijając z filiżanki espresso.
- Hi. My name is Martin McTuzick. Glasgow. Scottland. To ja gnębię terrorystów z IRA. Rudy, niebieskooki dryblas trzymał ręką spodnie w kratę. Guma strzeliła lecz godność została zachowana.
- Moin! Ich bin Martin Jurgen Matzke. Stuttgart. To ja dopadłem terrorystów z Baader Meinhoff - mówił blondn ze szramą na policzku w spodniach Bundeswehry, glanach i skórzanej kurtce z przypinką Die Totten Hosen.
- Panowie wiecie po co się spotkaliśmy, cholernie cieszę się, że Was widzę – wyciągnął przed siebie rękę. Każdy wyciągnął dłoń i panowie połączyli je w piramidce.
- Ja, stimmt – rzekł Niemiec. – Szczegóły uzgodnimy na Heillbroner Strasse w Stuttgarcie za miesiąc, wiecie gdzie i wiecie dlaczego.
- Wiemy – rzekł Martin McTuzick żując gumę.
- Niech nas Bóg ma w swej opiece – rzekł Marcello, poprawiając medalik z Matką Boską.
Rozeszli się.
Marcel wracał do domu spacerem. W jego sercu pęczniała duma i poczucie misji. Sprawa o jaką będzie walczyć międzynarodówka detektywów napełniała go dumą ale i lękał się. – Nie lękajcie się! – szeptał sam do siebie.
Marcel wpadł w zadumę. Przypomniał sobie Ingrid. Wyjął telefon. Napisał: - 100 lat! - . Dzięki, ale kto tam – padła odpowiedź. – Secret admirer – odpisał uśmiechając się szelmowsko. – Spotkamy się w Stuttgarcie – pomyślał i odszedł w stronę Kleparza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz